Jesteś tutaj: Start Praga Kraków

moje podroze male i duze

moje podróże małe i duże

 

 

BALI- LOMBOK 2015

 

Wreszcie jestem poniżej równika i najwyrazniej zdążyłam przed porą deszczową. Po wyjsciu z klimatzownego lotniska wita mnie przytlaczajacy upal. Mam teraz trzy tygodnie aby się przekonać jak faktycznie wygląda „wyspa Bogow i Demonow” - pobożnych i wiecznie uśmiechniętych Balijczyków.

 

Cztery języki i trzy kalendarze

Być Balijczykiem wcale nie jest łatwo, bo po pierwsze jest system kastowy i to już definiuje życie, a po drugie trzeba opanować kilka języków aby się odpowiednio do przedstawiciela kasty, którego ma się przed sobą, odezwać. Inaczej zwracać się należy do tych wysoko urodzonych, a inaczej do tych niżej urodzonych. Wielu niewykształconych Balijczykow z nizin społecznych nie ma odwagi rozmawiać z Braminem (duchownym) bezpośrednio  gdyż zwracanie się do duchownego wymaga „wyższego” języka, wiec aby prosić o cokolwiek zabiera się ze sobą „tłumacza”. Dobrze, że angielski nie rozróżnia tych niuansów, a ja nie musze się zastanawiać kogo mam przed sobą. Ze względu na trzy obowiązujące kalendarze, miejscowym nie jest łatwo zorientować się jakie święta nadchodzą i czy dany dzień jest korzystny dla konkretnej czynności (poświecenie domu, samochodu, wyruszenie w podróż, wizyta u lekarza, rodzinna uroczystość etc.) czy nie. Tak wiec każdy Bramin jest zajęty codzienym wyznaczaniem odpowiednich dobrych dat dla swej trzódki. Odniosłam wrażenie, że tutaj każdy powód jest dobry do niekończących się uroczystości (pełnia lub nów księżyca, pokrywające się dni w ramach różnych kalendarzy, urodziny świątyni itd.) a obrzędy trwające nawet po kilka miesięcy nie są rzadkością. Bramini maja status osób  świętych i są lokalnymi uzdrowicielami, do których wierni przychodzą z problemami duszy i ciała na rozmowę bądź leczenie, które odbywa się w obecności innych oczekujących - w ten sposób nie ma tajemnic i wszyscy wszystko wiedza..

 

Sarong musi być

Już na lotnisku zauważyłam, że sarong jest strojem wszechobecnym. Sarong na Bali to nie tylko forma ubioru ale identyfikacja z kulturą i wiarą (będzie mi go brakować gdy wybiorę się na Lombok). W czasie jednej ze zorganizowanych wycieczek zostaję owinięta w sarong przez szofera, który argumentuje, że musi ten być koniecznie i zawiązany tak jak noszą tutejsze kobiety. Już po kilku chwilach moja irytacja na sarong rośnie: ładny jest ale mega sztuczny bo pocę się jak mysz i tak ciasno zawinięty, że ledwie mogę się poruszać, a przede mną dziesiątki schodów w Goa Gajah. Po powrocie zdecydowanie dziękuję za sarong i obiecuje sobie, że skoro musi być tutejszy (a mój dotychczasowy nie wystarczy) to zakupię go przy najbliższej okazji. Owinięta własnym sarongiem jestem nieco szczęśliwsza  (jest z bawełny) ale upłynie kilka dni zanim nauczę się go wiązać tak aby nie przeszkadzał w poruszaniu się i kolejne kilka zanim go polubię. Ten prostokątny kawałek płótna służył mi dodatkowo jako kocyk kąpielowy, sukienka plażowa i ręcznik w czasie masażu. O ile po wymuszonym zakupie planowałam go zostawić w ostatnim hotelu to na końcu podroży, jako jedyny suwenir z Bali (oprócz Luwak Kaffe – najdroższej kawy świata kupionej dla tej części rodziny, która pije kawę bez cukru) przyjechał ze mną do Europy. Nie przekonałam się natomiast do ciasnych bluzeczek- żakietów, które noszą miejscowe kobiety. Piękne, kolorowe wdzianka są generalnie ze sztucznych koronek i choć wspaniale podkreślają figurę to w panującym upale kojarzyły mi się jednoznacznie z ciasnym gorsetem z firanki. Może następnym razem odkryję zalety i skompletuje balijski strój.

 

Puri to pałac a Pura świątynia

 

Pura i puri brzmią podobnie i równie podobnie wyglądają. Zarówno do pałacu jaki i do świątyni prowadza piękne, ozdobne bramy (właśnie te bramy  pozostaną dla mnie architektonicznym symbolem Bali). Bramy prowadzące na teren zamożnych domostw są czasem tak piękne, duże i wyszukane, że nie bardzo wiadomo czy weszło się do świątyni, pałacu czy „tylko” zamożnego prywatnego domu. Bo i dom i swiatznia maja charakterystyczny dziedziniec zastawiony licznymi budowlami i pawilonami oraz wydzieloną część z tronami dla bóstw. Wszystko jest pięknie zdobione i kolorowe - generalnie jako budulec dominuje czarny kamień wulkaniczny, który w prymitywnych zakładach kamieniarskich obrabiają setki rzemieślników wzdłuż ulic wyspy. Poszczególne wioski zachowały częściowo swoje specjalizacje: w tej wyrabia się maski, w tamtej posagi,  w innej Gamelany (rodzaj ksylofonów o dźwięku wymagającym polubienia). Kolejne specjalizują się w meblach, bramach czy tronach dla Bogów. Drogi w pobliżu Ubud wyglądają jak galerie z wystawionymi na ulice wyrobami i tutaj odnosi się wrażenie, że co drugi Balijczyk to urodzony artysta. Architektonicznie sporo hoteli utrzymanych jest w stylu puri tak, że wygodny turysta nie ma potrzeby  zwiedzenia pałacu, bo już w nim mieszka.  Dużym przeżyciem były dla mnie tradycyjne spektakle muzyczno –taneczne, które niczym nie przypominają naszych sztuk teatralnych. W Ubud obejrzałam Legong w oryginale tańczony wyłącznie przez najpiękniejsze dziewczynki do 13 roku życia, którym towarzyszy Gamelan, a w Uluwatu widziałam taniec Kecak w czasie którego niektórzy tancerze –wojownicy zapadają w trans – tutaj wszystko dzieje się bez użycia instrumentów. Słynnego teatrzyku cieni wywodzącego się z Jawy i granego przez wycięte ze skóry ażurowe lalki nie zobaczyłam, bo chętnych na spektakl było tylko dwóch klientów wiec zwrócono mi pieniądze mocno przepraszając za rozczarowanie.

 

Święte góry, święte źródła i święte drzewa

 

„Nie myj nóg – święte źródło” to częste ostrzeżenie na Bali. Trzeba faktycznie mocno uważać aby nie popełnić faux-pas i nie urazić uczuć miejscowych albo narazić się licznym bóstwom, które czczone są tutaj na każdym kroku. Chwilami czuję się jak w średniowieczu –nasze gusła i zabobony to tutaj podstawa wiary. Świętych krów w wiosce pod Ubud nie udało mi się zobaczyć bo kierowca wyraźnie nie chciał tam pojechać ale widziałam czaple w Petulu, które są uważane za reinkarnację zamordowanych komunistów i świątynie nietoperzy gdzie z nabożnym skupieniem czci się mieszkające licznie w jaskini nietoperze. Zmarli maja tutaj spore możliwości, są równocześnie po śmierci bóstwami co nie przeszkadza aby równocześnie narodzili się ponownie w nowym wcieleniu albo ewentualnie stali się wilkołakami jeśli obrzędy pochowku nie zostały należycie spełnione. Generalnie po śmierci najpierw zmarłego się tymczasowo zakopuje w ziemi  aby (gdy rodzina zaoszczędzi już na kosztowny pogrzeb) po paru latach zwłoki ekshumować i wydobyte z grobu reszki uroczyście spalić. Dopiero po takiej procedurze zmarły może na nowo się narodzić i nie stanie się wilkołakiem, który prześladuje żywych. Parę razy dziennie składa się bóstwom ofiary aby zaskarbić sobie ich  przychylność ale gdy ma się pecha lub nie odnosi oczekiwanych sukcesów (np. niski utarg w sklepie) to znaczy, że ofiary były za małe i należy składać ich więcej… Podobno Balijczycy są w czołówce światowej jeśli chodzi o kinematografię z duchami we wszystkich możliwych i niemożliwych wersjach. Namiętnie wierzą w złe moce i po Tsunami, które dotknęło wyspę w 2004 roku, potrzebne były specjalne egzorcyzmy mnichów japońskich aby ułagodzić złe duchy zmarlych, które się wtedy masowo pojawiły. Po zmroku niewiele osób wychodzi na dwór obawiając się Lejaks – duchów ciemności, a wrażliwsi śpią wyłącznie przy zapalonym świetle, gdyż wtedy duchy ciemności nie maja dostępu. W święto Nyepi  Balijczycy są przekonani, że nad całą wyspą szaleją demony i wtedy nikt nie śmie zapalać ognia, rozmawiać ani opuszczać domu – podobno wtedy lotnisko jest nieczynne i pasażerowie, którzy maja międzylądowanie na Bali spędzają dzień zamknięci w terminalu lotniska..

 

Świątynie mnie przerosły

 

Balijskie świątynie to ogrodzone murami przestrzenie z dwoma lub trzema dziedzińcami, na których znajdują się trony dla bóstw i mniejsze lub większe pawilony bez ścian. Świtanie są pod gołym niebem, jedynie nad boskimi tronami są kunsztowne dachy osiągające nawet 11 poziomów. Wejść do świątyń strzegą wojownicy-demony o nieprzyjaznym wyglądzie, a dalej za piękną  bramą ze smukłymi Meru znajduje się ponownie kawałek muru, który ma za zadnie zatrzymać złe duchy aby nie znalazły wejścia  do świątyni. Świątyń są tysiące (podobno ok. 20.000), bo tutaj każde zamożniejsze domostwo ma własną świątynię, a w każdej wiosce jest ich z reguły kilka. W polach ryżu poświęcone bogini Sri – patronce zbiorów, poza zamieszkałym terenem poświęcone zmarłym (często z tymczasowym cmentarzem w pobliżu), w lasach przy świętych drzewach i źródłach i oczywiście na świętych górach. Najważniejsza, do której się regularnie pielgrzymuje – „świątynia matka” to Besakih na zboczach świętej  góry Agung - najwyższego wulkanu wyspy (3031m). Bardzo ciekawe są świątynię wodne gdzie specjalne baseny (w woda ze świętego źródła ) służą do obrzędowego zanurzenia się i modłów. Pytam w jednej z takich swiatyn czy mogę tez zanurzyc się w basenie – odpowiedz jest oczywiście wiec kompletnie ubrana w sarongu wchodze do chlodnej wody.Tutaj wyjatkowo kobiety i mężczyźni przebywają razem – wszyscy ubrani w sarong.  Do świątyń nie przychodzi się z pustymi rękami – kobiety dźwigają na głowach kosze pełne kunsztownie przygotowanych darów i owoców, a ponadto bóstwom poświęcane są rytualnie zarzynane w niemałych ilościach zwierzęta. W moim odbiorze, chwilę po tym, gdy dary zostały przekazane i pobłogosławione, natychmiast przestają być istotne. Miliony mniejszych i większych koszyczków z darami leżą rozrzucone nie tylko na dziedzińcu świątyni ale po całej wyspie. Po pięciu wycieczkach i ośmiu dniach intensywnego zwiedzania świątyń, tarasów ryzowych, świętych lasów i źródeł oraz towarzyszącego mi non stop nawoływania; popatrz, tanio, kup itd. „uciekam” na parę dni do Candidasa skąd robie tylko stacjonarne wypady w teren. Tutaj po trzech nieprzespanych nocach (w moim bungalow mieszka gekon tak głośny, że w nocy parokrotnie budzi mnie swoim nawoływaniem) przenoszę się do będącego po sąsiedzku hotelu,  gdzie dostaję gwarancję, że gekona nie wejdzie do srodka. Tutaj jedynym mym „prześladowcą” jest  masażystka z niezmiennym pytaniem „chcesz masaż teraz czy później??” I tak parę razy dziennie..

 

Masaże

 

Dla mnie Azja to obowiązkowo masaże i na pierwszy balijski masaż wybrałam się dzień z po przyjeździe. Jestem zachwycona!!  Po pierwsze cena – nie trzeba się targować bo wywieszka informuje 70.000IDR: czyli ok.5€ za godzinny masaż, po drugie różnorodność.  Wchodzę i zamawiam balijską wersję czyli połączenie masażu  tajlandzkiego i klasycznego – najpierw trochę uciskania i naciągania, a później już olej i płynne ruchy. Warunki w salonach są różne ale generalnie OK,  choć pogryzły mnie jakieś owady (pluskwy z materaca??) i mam trochę bąbli. Stosunkowo późno odkrywam, że są tez mężczyźni masażyści bo prawie ich nie widać ale nie pytam czy mam wybór, bo doczytałam się o masażach z „hpappy end” i brzmi to dość jednoznacznie. Po sukcesie książki Elisabeth Gilbert „Eat, pray, love” Bali stalą się mekka dla samotnych kobiet w średnim wieku, szukających sensu życia, przygód i miłości. Gdy to przeczyłam robi mi się trochę nieswojo – wszystko pasuje do mnie, średni wiek, sama w podroży – o rany.. W Ubud trzymam się z daleka od licznych, głośnych klubów gdzie nad wegańskimi daniami albo stekami z frytkami słuchając live koncertów (Cocker i  Marley cieszą się szczególnym mirem) przesiadują tłumy. Chodzę bokami wyszukując  mniejsze lokalne bary z miejscową kuchnią – wszechobecny Nasi Goreng i parę innych lokalnych specjalności ,a w tle muzyka Gamelan. Ryż  to najpowszechniejsza opcja śniadania, obiadu i kolacji –ciekawe czy będę za nim tęskniła w Europie?? Potwierdza się, że znakomitą większość turystów na Bali stanowią Australijczycy – maja w końcu blisko i to pewno dzięki nim Bali jest „Azjatycką Majorką”. Faktycznie, takie nagromadzenie „białych” turystów widziałam wcześniej w Azji tylko na tajlandzkim wybrzeżu ale chyba już wkrótce Bali straci swój status raju – bo tyle ile się teraz tutaj buduje wróży,  że w najbliższym czasie Bali stanie się turystycznym gettem.

 

Bali dostaje 8 punktów

 

Na końcu pobytu podsumuję Bali na 8 punktów w skali do 10. Za co odejmuję wyspie punkty? Za śmieci, za góry śmieci, które są absolutnie wszędzie i chwilami jest taki smród, że trudno przejść – koszy niemal nie ma, tutaj każdy miejscowy wyrzuca po prostu pod nogi to co przestało być potrzebne. Nie mogę  pojąć, że chodzą tak czysto i schludnie ubrani (faktycznie sarong noszą wszyscy), maja piękne i z reguły zadbane świątynię, codziennie przygotowują śliczne małe tacki z ofiarami dla bóstw pełne kwiatów,  a śmieci im nie przeszkadzają. Obligatoryjny obrazek prowincji: wzdłuż ulicy niekończąca się hałda odpadów, która spiętrza się szczególnie w pobliżu potoczka lub rzeki. Gdy nadejdzie pora deszczowa śmieci zostaną spłukane przez deszcz i zabrane do oceanu. Wolne przestrzenie pomiędzy domostwami służą za wysypiska, po których włóczą się przeraźliwie chude, pokaleczone i pełne pasożytów psy i koty z kikutami zamiast ogonów. Fotografuję te zabiedzone zwierzęta i nie pojmuję dlaczego ludzie o nie dbają. Czy to forma odreagowania, bo na co dzień w życiu trzeba być łagodnym, uśmiechniętym i wyważonym?? Balijska prowincja to ludzie i zwierzęta niemal pod jednym dachem. Prymitywne lepianki bez żadnego komfortu lub bambusowe chatki, w których wszystko odbywa się na podłodze będącej klepiskiem z ziemi lub łajna zwierząt. Rozrzucone na ziemi bambusowe maty są w zależności od potrzeby dywanem, łóżkiem lub stołem. Gdy przyglądam się jak kobiety w kucki nad małym paleniskiem z łupin kokosów przygotowują w okopconych garnkach posiłek nad którym krążą dziesiątki much apetyt mija..

 

Ukochana rozrywka – walki kogutów

 

Nie przypominam sobie aby w którymś innym azjatyckim kraju takim mirem darzono walki kogutów jak tutaj. To wręcz sport narodowy i chyba co drugi mężczyzna ma swego pupila (sądząc po ilościach wiklinowych koszy, w których samotne koguty spędzają życie przed domem). Podobno faceci godzinami niańczą swe maskotki masując  im skrzydła i nogi, zestawiając nierzadko ścisłe diety, w której nie może brakować mięsa i serca z pokonanego przeciwnika - w ten sposób przejmuje się sile i odwagę.. Gdy przyglądam się (z daleka ) w niedzielne popołudnie z jaką euforią faceci uczestniczą w takiej krwawej walce, narasta we mnie niechęć do męskiej części społeczeństwa. Potrafią przegrać wszystko obstawiając swych faworytów, a w domu bieda aż piszczy.. Tak w ogóle to tutejsi panowie (o ile nie pracują jako rzemieślnicy) wydają się nie szukać żadnych zajęć, a jednie czekają na okazjonalny zarobek. Najpowszechniejszym zawodem wydaje się być czekanie – np. na okazję przejechania paru kilometrów. „Kierowców” spotyka się tutaj na każdym rogu gdy spędzają czas w towarzystwie innych „kierowców” na grze w karty, spaniu czy leniwej rozmowie. Taki obrazek widzę wszędzie na wyspie, a w Candidasa mam okazję przez kilka dni obserwować miejscowych „kierowców”. Na swój użytek definiuję ich jako „czekaczy” i „nierobów”, którzy  korzystają bezczelnie z faktu, że obowiązujący system nakłada na kobiety praktycznie wszystkie obowiązki . Gdy pomyślę, że tutejszy facet może mieć dwie a nawet trzy żony, które na niego pracują cieszę się, że wracam do Europy. Bo być tutaj kobietą, to prawdziwe zadanie – te filigranowe i delikatne istoty od świtu zajmują się przygotowaniem darów dla bóstw, zakupami na bazarze dźwiganymi później na głowie do domu, dogadzaniem mężowi, opieką nad teściami i urodzeniem  gromady dzieci (przede wszystkim synów!! ) Rząd Indonezji wprowadził  ustawę, że jeśli mężczyzna mający już trojkę dzieci podda się wasektomii to dostanie w nagrodę skuter . Z mojego punktu widzenia to  porażka,  bo gdyby im podarowano komputer byłoby więcej oświeconych, a mniej „kierowców -nierobów” . Kobietom  absolutnie nie wolno zbliżać się do kogutów , mają zakaz wchodzenia w pole ryzowe bo to szkodzi roślinom, są „nieczyste” do  42 dni po narodzinach dziecka , nie maja prawa wejścia do świątyni w czasie menstruacji itd.. Nie doszukałam się absolutnie żadnego atutu, który przemawiałby  za tym aby być kobieta na Bali i pewno dlatego nie zadzwoniłam do dawnej znajomej, która parę lat temu tutaj wyszła za mąż. Może nastepnym razem…

 

Patrz tylko przed siebie

 

To główna reguła ruchu ulicznego, który Europejczyka doprowadza do frustracji. Najwyraźniej na Bali nie udało się stworzyć sensownej komunikacji publicznej wiec  wszyscy jada i faktycznie jada bo tutaj prawie nikt nie chodzi. Chodników niemal nie ma, a jeśli się w mieście zdarzy, że istnieje jest składowiskiem materiałów budowlanych, miejscem suszenia ryżu, parkingiem dla pojazdów lub uliczną restauracją. Na większość chodników trzeba się wspinać , gdyż zaczynają się na wysokości  kolan, a dziur i wyrw jest w nich tyle, że rozsądny piechur idzie ulica narażając się najechanie bo jest to niebezpieczeństwo przewidywalne w porównaniu z możliwościami niebezpieczeństw na chodniku. Przykładowo w Ubud chodniki maja z reguły usunięte bądź pęknięte płyty, które odsłaniają zapchany szlamem i śmieciami kanał przebiegający poniżej. Niezauważenie niespodzianki (o co łatwo oglądając wystawy butików i taksując wystawione menu restauracji) tej na prawie na metr głębokiej dziury to w najlepszym przypadku skręcona noga. Tak wiec spacer chodnikiem to prawdziwe wyzwanie wymagające stale napiętej czujności, a  po zapadnięciu zmroku, gdy pojawiają się dodatkowe przeszkody, realne niebezpieczeństwo. Prawdziwą plagą Bali są skutery - wszechobecne i to nie tylko na ulicy ale zaparkowane w sklepach mieszkaniach i lokalach. Dla skuterów sygnalizatory uliczne i pasy dla pieszych nie istnieją o czym przekonałam się czekając bezowocnie na możliwość przejścia ulicy. I przyznaję, że wielokrotnie zdarzyło mi się, że miejscowi przeprowadzali mnie z uśmiechem politowania na druga stronę, za co byłam im naprawdę wdzięczna.. Na skuterach jada wszyscy: dzieci do szkoły, kobiety z zakupami, mężczyźni  z materiałami budowlanymi, urzędnicy z dziesiątkami segregatorów,  cale rodziny (2 dorosłych i trojka dzieci). Transport zwierząt i mebli tez odbywa się skuterem:  zwierzęta przewieszone są przez kierownicę lub przerzucone z tylu przez siodełko, a szafki lub stoły oparte na głowie kierowcy i pasażera podróżują lawirując z gracją w ulicznym ruchu. Jeździ się na każdym świetle, na rondzie i jednokierunkowymi ulicami często pod prąd, a duży pojazd ma pierwszeństwo zawsze i wszędzie.  Wszystko to  dzieje się w ramach lewostronnego ruchu  dlatego z dużym uznaniem ale i dozą przerażenia spoglądałam na „białych” pędzących na skuterach wśród  dźwięku nieodłącznych klaksonów, bo tutaj pojazd może nie mieć świateł ale klakson musi być, gdyż kto nie używa klaksonu żyje w niebezpieczeństwe.

 

Anteny satelitarne spoglądają pionowo w niebo

 

Dopiero na Lombok dostrzegłam intrygujące ustawienie anten satelitarnych - spoglądają niemal pionowo w niebo i wyglądają jak wielkie talerze chwytające słońce. Anteny zaskoczyły  mnie na południu  wyspy  gdzie w porównaniu z prymitywnymi warunkami w jakich żyją ludzie wręcz mnie zaszokowały... Czy to najbardziej niezbędna inwestycja gdy mieszka się w lepiance?? Południowa  część  Lombok jest niemal pozbawiona wody i gdy podróżowałam wypalonymi przez słońce dolinami pośród wzgórz, które planowo wypalają ludzie, nasuwały mi się obrazki z książek mówiących o naszych prehistorycznych przodkach. Tutaj świat nie poszedł do przodu.  Nieliczne domy maja 2-3 ściany uplecione z bambusowych mat, a całość przykryta dachem z długich traw. Pomiędzy domostwami ustawione są rzędy nisko usypanych kamieni odgradzających gospodarstwa, a na podwórkach pośród wyschniętych zarośli smętnie snują się kury i kaczki, leża rozrzucone prymitywne narzędzia i ryczy przywiązane do drzew wychudle bydło. I właśnie nad tą mizerią i biedą, stoją  na specjalnie przygotowanych wielkich statywach, ogromne czasze anten satelitarnych. Nie bardzo umiem sobie wyobrazić co myslą ci ludzie obserwując na ekranie nasze zachodnie życie..

 

Lombok znaczy Chili

 

Jeżeli faktycznie takie jest tłumaczenie nazwy wyspy to jest ono rzeczywiście trafne – w porywaniu z rajską Bali, którą Bogowie sowicie obdarowali, Lombok wypada skromniutko. Na Bali zieleń i woda, a tutaj dominuje brązy i suche koryta potoków. W czasie mojego pobytu problemem był dymiący Ringiani – najwyższy wulkan wyspy, który unieruchomił lokalne lotnisko na kilkanaście dni. Odnoszę wrażenie, że chyba nie ma to dużego wpływu bo turystów i tak nie ma teraz tutaj za wielu. Nie żałuję, że tutaj przyjechałam ale rozumiem doskonale dlaczego w moim przewodniku Loose Bali poświęcone jest 400 stron, a Lombok ma 20. Warto być tutaj na chwilę aby zobaczyć kontrast pomiędzy kolorową Bali, a muzułmańskim  Lombokiem. Nie widać tutaj pięknych kobiet w barwnych sarongach tylko na ciemno ubrane w nieforemne hidżaby muzułmanki. Wszechobecne meczety i nawoływania muezinów też nie wywołują u mnie urlopowego nastroju . W dużej mierze meczety stoją niedokończone – podobnie zresztą jak setki innych zaniechanych inwestycji, których wyspa jest pełna. Wzdłuż wybrzeża stoją dziesiątki niedokończonych bądź podupadłych hoteli, a szkielety konstrukcji mocno szpecą i bez tego surowy krajobraz wyspy. Porównanie z Bali wypada dla Lombok bardzo niekorzystnie: tam wspaniale tarasy ryżowe pełne soczystej zieleni, tutaj ryżowe poletka płaskie i brunatne. Hotele zdecydowanie mniej liczne i albo luksusowe albo tanie ale wręcz katastrofalne. W moim niezłym hotelu (do którego przeniosłam się natychmiast gdy ten wybrany z booking okazał się najzwyczajniejszą ruderą z drzwiami na kłódkę i łuszczącymi się ścianami), mimo wszelkiego komfortu spacerowały wyrośnięte karaluchy mające co najmniej 6 cm długości.  Jedyny atut  (w moich oczach) Lombok  to idylliczne plaże na południu wyspy, które były niemal bezludne. Malownicze zatoki okolone wzgórzami i skalami, lazurowa woda, a na brzegu nie tyle z piasek co biały granulat koralowy. Tę pocztówkową  idylle psuli jedynie natrętni sprzedawcy wytrwale czekający aż wyjdę z wody i położę się na plaży aby zacząć mnie „urabiać”. O ile na Bali będę chciała powrócić to Lombok uważam za zaliczony.

 

Jeszcze tylko Denpasar

 

Na ostatnie dwa dni mojego pobytu zostawiłam siebie Denpasar – najbardziej zatłoczone miejsce wyspy ale to tutaj w dawnym Badung dzieje się akcja powieści Vicky Baum „Zycie i śmierć na Bali” i po prostu musze tam być.. Opuszczam Lombok i mała niespodzianka:  w speedboat już nie ma dla mnie miejsca (wsiadałam jako ostatnia). Zajmuję wiec strategicznie pozycję na rufie wraz z załogą opierając się niemal plecami o jeden z sześciu ryczących silników łodzi. Podróż jest niezapomniana – dopiero teraz czuje w jakim tempie się przemieszczamy. Po godzinie mam na skórze warstwę soli, która wystarczyłaby na kilka obiadów i włosy na biało usztywnione. Zakonserwowana solą i zadowolona siedzę na obok kierowcy pędząc do Denpasar. Czasami przymykam z przerażenia oczy gdy kierowca wykonuje „przestępcze” manewry ale bez szwanku docieramy do stolicy. Pierwszy  hotel wybrałam w pobliżu Bali Museum i placu Paputan, gdzie rozgrywa się najtragiczniejszy akt mojej letniej lektury – zbiorowe samobójstwo rodziny królewskiej i setek poddanych (efekt holenderskiej okupacji z początku XX w). Stwierdzam, że nic się nie zachowało, spalony przez Holendrów i częściowo odbudowany pałac służy dzisiaj jako urząd i trudno spotkać tutaj ducha pięknej Lambon. O miejscu samobójstwa przypomina spory, zielony plac z pomnikiem – fotografuję go z daleka i  wyraźnie czuję opór przed przejściem przez miejsce masakry – czyżbym już ”zaraziła się” balijskimi wierzeniami?? Idę do muzeum i na znajdujące się w pobliżu dwa bazary - jeden jest pełen ptaków i szczeniąt w klatkach, a drugi głośny i tłoczny pełen owoców, przypraw i wszelkich innych dóbr materialnych. Tutaj czuję się jak zwierzyna łowna – cały czas ktoś chce mi pomagać. Jestem zirytowana i zmęczona tymi wiecznymi pytaniami „skąd jesteś, jak długo gdzie byłaś, gdzie idziesz, zaprowadzę, pokażę” – uciekam z bazaru i postanawiam nie wracać mimo scen, które chciałam uchwycić aparatem. Zakupy zrobię w Europie bo za trawę cytrynowa, która tutaj rośnie jako chwast, pada cena wyższa niż w Wiedniu. To „zdzieranie” z turystów tak bardzo kłóci się w moim pojęciu z przypisywanym Balijczykom łagodnym i dobrym charakterem i temu ich wiecznemu dążeniu do harmonii.. Ta dwuznaczność  Bali przyjechała ze mną do Europy.

 

Następna moja podróż do Indonezji będzie jednak zupełnie inna – chcę zobaczyć Jawę, Borneo, Sulawesi, Flores i Comodo, a na Bali zostać tylko kilka dni wyłącznie turystycznie aby posurfować na wybrzeżu Kuty, popatrzeć na delfiny, popływać na rafie z rurką, zaliczyć rafting na desce lub pontonie i ewentualnie opuścić się na linie po kilku ściankach i wodospadach. Wszystko to tutaj jest możliwe i zostawiałam to sobie „na kiedyś”. Musze wrócić jeszcze z innego powodu: nie widziałam Krzyża Południa…

 

Mój nocny lot został odwołany z powodu nadal dymiącego wulkanu. Polecę dzień później porannym kursem, a na nocleg zostaję w Dubaju. W hotelu jest 16 stopni - telepię się z zimna bo wyłączenie klimatyzacji niewiele zmieniło, a okna nie można otworzyć. Zakładam skarpetki do snu i zasypiam z konkluzją  „rany jak zimno"..

 
www.guideaustra.com - wszelkie prawa zastrzeżone
wykonanie: grafland.pl